Protokół z Posiedzenia Partii Socjalistycznej

Żeby zdać relację z dnia wczorajszego no to ba, nie da się. Sytuacja wymknęła się spod kontroli już podczas kopania piasku. Przypominało to raczej jakąś tandetną grę akcji gdzie skończyły się już naboje i należało przemieszczać się z jakimś ciężkim, tępym, bądź też ostrym, narzędziem. Tak też więc czyniliśmy. Regularny running po szembruckich lasach doprowadził mnie prawie do zawału, a co niektórych do pysznej ekstazy. Najgorszy był oczywiście outsider Madcow, który to, z czasem, kopał na poboczu dziurę, szukając pierdolonych skarbów. Oczywiście znalazł (jak twierdził) masę skarbów, w tym urojoną wazę z dynastii Ming. Piasku natomiast nie miał ni garści. He`s fucking useless. No nic, przechodząc do dalszej naszej „fantastycznej czwórki” najlepiej wykazał się szef Maciej. Ale to szef, więc kurwa no musi. Był też karierowicz Mateas, który dzięki swym rodzinnym koneksjom z szefem co chwila wypierdalał łopatę, twierdząc, że nie może już kopać, bo nie posiada łopaty. Nie powiem, nawet ja się czasem na to nabierałem. No i przejdźmy do mnie. Ja oczywiście jestem ideałem górniczym, a po wczorajszym dniu otrzymałem przydomek Minecraft. Nawet jeśli tu trochę przekoloryzowałem, to mogę, bo to ja piszę i mogę. I se koloryzuję. Jak ktoś ma jakieś sapy do mojej wersji zdarzeń to niech se sam spisze swoją historię. A więc kontynuując, byłem bardzo pracowity, czego miarą są moje upierdolone od gliny skarpety, ujebane spodnie oraz, co najważniejsze posiadanie tego piachu we włosach (mimo bardzo lekkiego, prawie niezauważalnego, upośledzenia w owłosieniu glacy). Tutaj zyskałem kolejny przydomek „Prince of Persia”. Po zakończonych czynnościach kopalniczych cała nasza ekipa udała się w kierunku domostwa. Śmiechu było co niemiara! Byliśmy zmęczeni, wypierdoleni w kosmos, ale widać było spod tego glinianego syfu na naszych ryjach tą dumę oraz poczucie spełnienia istotnego, socjalistycznego, obowiązku wobec proletariackiej Braci. Wczoraj po raz pierwszy poczułem więź chłopo-robotniczą prawie spadając z naczepy. Dzięki pomocy towarzysza Madcow`a  mogłem zginąć, ale wybaczyliśmy sobie te delikatne napięcie, po daniu nawzajem (se) klapsa w dziąsło. Mit dem Łopatą. Dalsze koleje tej wspaniałej przygody mego życia są jeszcze bardziej ciekawe, a zarazem wunderszynowe. Otóż po powrocie do domu, oddaliśmy mocz, i poszliśmy w kierunku pokoju gościnnego. Okazało się, że Towarzysz Mateas przeniósł swoje rzeczy do świnek, a chlew do siebie. Też kiedyś tak miałem, więc wybaczam Towarzyszu! Zresztą pokój gościnny jest naprawdę gościnny, a pokój Towarzysza M jest, w pewnym sensie „wypierdolony w kosmos”. Jeśli to prawda, że „geniusz ogrania chaos”, no to z całą pewnością mogę stwierdzić: wśród tego nieładu znajdziesz człecze ów kamień filozoficzny. Niekoniecznie kurwa ktoś pójdzie tam szukać i właśnie dlatego jest tak mało geniuszy! „Da liegt der Hund begraben” jak to się mówiło Braunau am Inn. No więc dobrze, po udaniu się do pokoju gościnnego każdy z nas zasiadł na swym miejscu. Tow. Madcow pośrodku (że niby mózg operacji), ja bardziej po jego lewicy (bo lubi jak się jego lewackość łechta) oraz Tow. Mateas z prawicy (że niby opozycja, ale to i tak taka opozycja, jak ZSL w okresie PZPR do 1980 roku). No i siadliśmy, piliśmy i rurki paliliśmy. Tańce – chujzwańce i samogwałt. Bram, Bram, Bre, Bre i inne pierdołken. Uzyskując oświecenie motoryczne (po odpoczynku), ruszyliśmy, żeby się w końcu ruszyć. Ale nim wyruszyliśmy (bo ruszenie się nie jest immanentnie zawarte w pojęciu „wyruszania”, a żeby tak było, należałoby dokonać swoistej redefinicji pojęcia) napierdalaliśmy się gościnnie w gościnnym pokoju. Oczywiście JA byłem mistrzem i nauczycielem pozostałych Towarzyszy. Pokazałem im jak się napierdala i nakurwia oraz zrobiłem pokaz jebania. Gromkim oklaskom nie było granic. Cała sala w uniesieniu wstała i się uniosła ponad wszelkie nieporozumienia, a również, przy okazji, ponad imperialstycznego bata. „Nie chcemy HopColi, chcemy orężady” – takie napisy widniały na szmatach z kijami. No dobrze, nie rozwodząc się zbytnio nad pięknem tego święta (bo to w sumie posiadało znamiona święta), wyruszyliśmy poza domostwo. Cel był bardzo jasny – agroturystyka okoliczna. W licznych zabudowaniach naszym oczom nie mogła przejść obojętnie (bo budynki z reguły nie chodzą) przepiękna szembrucka Stodoła z wyposażeniem. Tow. Madcow zatrzymał się także przed północnokoreańskim cudem technologicznym Kim-Ur-Susem i chciał zdjęcia. Cała partia chciała go zignorować, ale ten zaczął wrzeszczeć i tupać nogami to w końcu Tow. Mateas pierdolnął mu to wymarzone foto. Poszliśmy do Stodoły hej. W Stodole jak w Stodole – syf, że ja pierdolę. Partii nie podobało się, że Tow. Mateas ukrywał przed nami tyle siana. To takie obrzydliwie imperialistyczne. Na znak protestu oplułem sobie twarz. Czynność tą wykonał także Tow. Madcow, kierując swój pocisk direct on my czoło. No to ja go Pompkom. Nad sytuacją zapanował Tow. Mateas wyjmując widła. Rozjuszenie ustąpiło i przeszliśmy w głąb Stodoły. Stwierdziliśmy, iż pewne rzeczy trzeba uwiecznić dla dobra Narodu oraz na pamiątkę. Sesja zdjęciowa z drabiną, sesja przy sianie, sesja z rowerem, sesja za sesją. Było wspaniale, udanie oraz oczywiście. Po opuszczeniu wskazanego wyżej miejsca ruszaliśmy się po ulicach włości. Najstraszniej co wspominam to wielkie harty afgańskie, które puszczone luzem połykały w całości niektórych członków Partii, bądź członków. My przeżyliśmy. Momentami czekaliśmy na to pierdolone UFO, które nadal nie przybyło. Po trzech godzinach momentów odjebaliśmy backspace do chawiry. W domostwie umyłem ryj, a Tow. Madcow zaproponował się usiąść. Usiedliśmy. Tow. Mateas zadbał o nasze gastryczne potrzeby zdobywając nabiał oraz wędliny. Była też wyśmienita herbata w szklankach. Wcześniejsze pomysły z bezpośrednim wylewaniem wrzątku do ust wypełnionych granulatami poniosły fiasko. Po uroczystej kolacji Partia uznała, iż czas napisać hymn oddający potrzeby Międzynarodowego Proletaryatu. Poszukując tematu przewodniego doszliśmy do wniosku, iż najlepiej byłoby oddać cześć krowie. Hymn został napisany, muzyka też i nagrany ostatecznie też. Po ustaleniu daty następnego spotkania Towarzysze rozeszli się.

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Protokół z Posiedzenia Partii Socjalistycznej”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: