Strona 1

         Wstał. Posmak wypalonej, zeszłego dnia, paczki papierosów osaczył jego język, drapał gardło. Podniósł się, mimo ucisku w klatce piersiowej. Cały był obolały. Choroba daje o sobie znać. Zresztą sam jest sobie winny. Za dużo stresu, nerwów plus niezdrowy tryb życia. Kapitan Jacob – Kola Thomme już od dawna planował coś zmienić. Nie da się. Rzeczywistość tylko na moment daje Ci nadzieję, aby po chwili, ponownie, wepchnąć w ramiona szatana. Usiadł na skraju łóżka i rozejrzał się bezwiednie po surowej, oficerskiej kabinie wojskowej, którą mu przydzielono za zasługi na froncie. Znajdowała się ona w budynku dawnego kina, tymczasowo zaadoptowanego na potrzeby wojska. Nie wszyscy mieli takie szczęście. Większość żołnierzy z jego pułku spało w wielkich pseudo-namiotach, naprędce montowanych z dostępnych, w danym miejscu, materiałów. Nie czuł się z tym dobrze. Wolał być wśród tych, z którymi, każdego dnia, przechylał szalę życia i śmierci na polu bitwy. Utopił twarz w dłoniach. Czuł, że mięknie. Nie miał już siły walczyć w tym beznadziejnym konflikcie. Nie czuł się ani sprzymierzeńcem, ani wrogiem. Jedyne, co czuł, to współczucie dla zwykłego żołnierza i chyba… Dla siebie. Mimo sukcesów CESA[1], tak naprawdę, nie potrafił znaleźć sensu zabijania dla idei. Czy nie możemy, po prostu, żyć oddzielnie, z dala od siebie? – bił się z myślami. Nie rozumiał też, dlaczego jednostki UCF[2]  tak zaciekle bronią tego wyzyskującego i uciskającego ich oraz ich rodzin, Status Quo. Czy aż tak piorą im te mózgi, że stają się emocjonalnie upośledzeni w stosunku do swoich żon i dzieci? – pytał sam siebie. Odkrył twarz, a szklane oczy zdradziły jego bezsilność oraz brak wiary. Dłonie zacisnął na krawędzi łóżka, schylił głowę. Łzy powoli spływały mu po policzkach malując ścieżki przygnębienia. Nie były to zwykłe łzy smutku, były to łzy najprawdziwsze, najszczersze, męskie. Tkwił tak dobrą minutę zanim wyrwał go, z tej „nirwany”, sygnał – alarm budzący z telkomu[3]:

– Kurwa. To „już” mogłoby być później…

Energicznym ruchem dłoni otarł twarz. Podniósł się powoli i skierował swoje kroki do aneksu kuchennego, lub do „czegoś”, co miało pełnić funkcję kuchni. Na blacie leżał talerz z wczorajszymi algami oraz puste opakowania po płatkach owsianych. Obojętnie spojrzał na ten „pokarm Bogów” i chwycił za typowy, wojskowy, metalowy kubek wypełniony napojem energetycznym. Pochłonął treść, a minerały oszukały jego żołądek. Zresztą tego poranka nie miał zbytnio apetytu na „roślinność”. Zacisnął pięści, oparł się o blat. Zrobiło mu się niedobrze. Powstrzymał odruch wymiotny uwalniając żółtą flegmę do stojącego obok wiadra.

– To nie potrwa długo… – powiedział.

– Szukałem Ciebie całe życie. Zabierz mnie w końcu… – wyrzucił w powietrze.


[1] Central European Soviet Army

[2] United Corporations Forces

[3] Urządzenie wielofunkcyjne służące do komunikacji oraz zawierające pakiet oprogramowania multimedialnego.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: