Strona 2

Rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym spędził ostatnie pół roku. Nie będzie tęsknił za tym miejscem. Wokoło unosił się smród wczorajszej nocy, czuł siebie. Koszmary, które go nawiedzały od niepamiętnych czasów, nasiliły się. Stalowy stół, nad nim światło. Czuł czyjąś obecność, ale nie mógł wykonać żadnego ruchu, chociażby tylko po to, żeby się rozejrzeć, sprawdzić „co to?”. Jednak nie to było najbardziej przerażające. Do szału doprowadzał go dźwięk, który za każdym razem pojawiał się w „tych” snach. Dźwięk ukierunkowany, stały, nieokiełznany, nieludzki, nie „stąd”. Monotonny, ale świdrujący jego umysł. To było coś w stylu „głosu” jakiejś wszechobecnej biomaszyny, która miała świadomość swego istnienia. To ona była nad, była pod, była… wszędzie. Była w i poza nim. Wiedziała, że cierpi, ale nic nie wyjaśniała, nie mówiła, po prostu – była. Wiedział też, że był tam ktoś, było coś jeszcze… W momencie największego przerażenia sen się urywał… Kola krzyczał.

– weź się w garść… – próbował wzmocnić swoją osobowość.

Udał się do łazienki. Kochał wodę, chociaż nigdy nie nauczył się pływać. Ta elektryzująca siła nieokiełznanego żywiołu podniecała go, ale też i przerażała. Rura, która wystawała z okafelkowanej ściany, zakończona pseudo-prysznicem stanowiła najwyższą jakość w promieniu, co najmniej, stu kilometrów. Nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Tutaj odzyskiwał energię oraz spokój ducha. Zamykał oczy, a wyobraźnia przenosiła go w czasy przeszłe. Przyszłości nie widział. Zardzewiała bateria wydała cichy jęk, a natrysk zrosił jego głowę. Zimne strumienie, które zwiedzając jego ciało, nawilżały plecy oraz pośladki, wywołały kojące dreszcze. Spuścił głowę i oparł się przedramieniem o ścianę. Napięte mięśnie rozluźniły się. Kapitan odrzucił ateizm. Znów uwierzył w swoje człowieczeństwo. Znów. Tak, jak setki razy wcześniej, w tej samej sytuacji. Quasi-chrzest w powolnie przemijającej, chemicznie gwałconej, czystości. Poczuł się zdystansowany gdy opuścił ten, jego jedyny, intymny świat. Podszedł do okna. Odchylając ciężką, ciemnozieloną kotarę, wiedział co za chwilę zobaczy. Mimo wszystko liczył na jakiś cud, jakieś paranormalne wydarzenie, za sprawą którego ujrzałby obraz zupełnie inny od tego, który… Właśnie mu się ukazał. Żołnierze stali w równych dwuszeregach, przygotowani na poranną zaprawę. Jakiś nowy, szorstki, sierżant próbował z całych sił przelać swoją świeżość i zapał na, jakby nie było, weteranów tego konfliktu. Jego czerwona twarz nabrzmiała tak, że aż powychodziły mu wszystkie żyły.

– kretyn… – stwierdził z przekąsem Kola.

Nagle od strony drzwi dało się usłyszeć, tłumione przez wyłożoną w holu wykładzinę, kroki. Jacob odwrócił głowę z oczekiwaniem. Po chwili ktoś zapukał, lecz nie wszedł.

– Panie Kapitanie, przepraszam, że przeszkadzam. Major Matyas Lazaa`aa prosi Pana do siebie. – odezwał się niepewnie głos.

– Oczekuje Pana razem z Podpułkownikiem Schulz`em. – dodał.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: