Archive for the Rozdział I Category

Strona 2

Posted in Rozdział I, Trzy Godziny do Rewolty on Maj 31, 2012 by vlv0vlv

Rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym spędził ostatnie pół roku. Nie będzie tęsknił za tym miejscem. Wokoło unosił się smród wczorajszej nocy, czuł siebie. Koszmary, które go nawiedzały od niepamiętnych czasów, nasiliły się. Stalowy stół, nad nim światło. Czuł czyjąś obecność, ale nie mógł wykonać żadnego ruchu, chociażby tylko po to, żeby się rozejrzeć, sprawdzić „co to?”. Jednak nie to było najbardziej przerażające. Do szału doprowadzał go dźwięk, który za każdym razem pojawiał się w „tych” snach. Dźwięk ukierunkowany, stały, nieokiełznany, nieludzki, nie „stąd”. Monotonny, ale świdrujący jego umysł. To było coś w stylu „głosu” jakiejś wszechobecnej biomaszyny, która miała świadomość swego istnienia. To ona była nad, była pod, była… wszędzie. Była w i poza nim. Wiedziała, że cierpi, ale nic nie wyjaśniała, nie mówiła, po prostu – była. Wiedział też, że był tam ktoś, było coś jeszcze… W momencie największego przerażenia sen się urywał… Kola krzyczał.

– weź się w garść… – próbował wzmocnić swoją osobowość.

Udał się do łazienki. Kochał wodę, chociaż nigdy nie nauczył się pływać. Ta elektryzująca siła nieokiełznanego żywiołu podniecała go, ale też i przerażała. Rura, która wystawała z okafelkowanej ściany, zakończona pseudo-prysznicem stanowiła najwyższą jakość w promieniu, co najmniej, stu kilometrów. Nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Tutaj odzyskiwał energię oraz spokój ducha. Zamykał oczy, a wyobraźnia przenosiła go w czasy przeszłe. Przyszłości nie widział. Zardzewiała bateria wydała cichy jęk, a natrysk zrosił jego głowę. Zimne strumienie, które zwiedzając jego ciało, nawilżały plecy oraz pośladki, wywołały kojące dreszcze. Spuścił głowę i oparł się przedramieniem o ścianę. Napięte mięśnie rozluźniły się. Kapitan odrzucił ateizm. Znów uwierzył w swoje człowieczeństwo. Znów. Tak, jak setki razy wcześniej, w tej samej sytuacji. Quasi-chrzest w powolnie przemijającej, chemicznie gwałconej, czystości. Poczuł się zdystansowany gdy opuścił ten, jego jedyny, intymny świat. Podszedł do okna. Odchylając ciężką, ciemnozieloną kotarę, wiedział co za chwilę zobaczy. Mimo wszystko liczył na jakiś cud, jakieś paranormalne wydarzenie, za sprawą którego ujrzałby obraz zupełnie inny od tego, który… Właśnie mu się ukazał. Żołnierze stali w równych dwuszeregach, przygotowani na poranną zaprawę. Jakiś nowy, szorstki, sierżant próbował z całych sił przelać swoją świeżość i zapał na, jakby nie było, weteranów tego konfliktu. Jego czerwona twarz nabrzmiała tak, że aż powychodziły mu wszystkie żyły.

– kretyn… – stwierdził z przekąsem Kola.

Nagle od strony drzwi dało się usłyszeć, tłumione przez wyłożoną w holu wykładzinę, kroki. Jacob odwrócił głowę z oczekiwaniem. Po chwili ktoś zapukał, lecz nie wszedł.

– Panie Kapitanie, przepraszam, że przeszkadzam. Major Matyas Lazaa`aa prosi Pana do siebie. – odezwał się niepewnie głos.

– Oczekuje Pana razem z Podpułkownikiem Schulz`em. – dodał.

Reklamy

Strona 1

Posted in Rozdział I, Trzy Godziny do Rewolty on Maj 24, 2012 by vlv0vlv

         Wstał. Posmak wypalonej, zeszłego dnia, paczki papierosów osaczył jego język, drapał gardło. Podniósł się, mimo ucisku w klatce piersiowej. Cały był obolały. Choroba daje o sobie znać. Zresztą sam jest sobie winny. Za dużo stresu, nerwów plus niezdrowy tryb życia. Kapitan Jacob – Kola Thomme już od dawna planował coś zmienić. Nie da się. Rzeczywistość tylko na moment daje Ci nadzieję, aby po chwili, ponownie, wepchnąć w ramiona szatana. Usiadł na skraju łóżka i rozejrzał się bezwiednie po surowej, oficerskiej kabinie wojskowej, którą mu przydzielono za zasługi na froncie. Znajdowała się ona w budynku dawnego kina, tymczasowo zaadoptowanego na potrzeby wojska. Nie wszyscy mieli takie szczęście. Większość żołnierzy z jego pułku spało w wielkich pseudo-namiotach, naprędce montowanych z dostępnych, w danym miejscu, materiałów. Nie czuł się z tym dobrze. Wolał być wśród tych, z którymi, każdego dnia, przechylał szalę życia i śmierci na polu bitwy. Utopił twarz w dłoniach. Czuł, że mięknie. Nie miał już siły walczyć w tym beznadziejnym konflikcie. Nie czuł się ani sprzymierzeńcem, ani wrogiem. Jedyne, co czuł, to współczucie dla zwykłego żołnierza i chyba… Dla siebie. Mimo sukcesów CESA[1], tak naprawdę, nie potrafił znaleźć sensu zabijania dla idei. Czy nie możemy, po prostu, żyć oddzielnie, z dala od siebie? – bił się z myślami. Nie rozumiał też, dlaczego jednostki UCF[2]  tak zaciekle bronią tego wyzyskującego i uciskającego ich oraz ich rodzin, Status Quo. Czy aż tak piorą im te mózgi, że stają się emocjonalnie upośledzeni w stosunku do swoich żon i dzieci? – pytał sam siebie. Odkrył twarz, a szklane oczy zdradziły jego bezsilność oraz brak wiary. Dłonie zacisnął na krawędzi łóżka, schylił głowę. Łzy powoli spływały mu po policzkach malując ścieżki przygnębienia. Nie były to zwykłe łzy smutku, były to łzy najprawdziwsze, najszczersze, męskie. Tkwił tak dobrą minutę zanim wyrwał go, z tej „nirwany”, sygnał – alarm budzący z telkomu[3]:

– Kurwa. To „już” mogłoby być później…

Energicznym ruchem dłoni otarł twarz. Podniósł się powoli i skierował swoje kroki do aneksu kuchennego, lub do „czegoś”, co miało pełnić funkcję kuchni. Na blacie leżał talerz z wczorajszymi algami oraz puste opakowania po płatkach owsianych. Obojętnie spojrzał na ten „pokarm Bogów” i chwycił za typowy, wojskowy, metalowy kubek wypełniony napojem energetycznym. Pochłonął treść, a minerały oszukały jego żołądek. Zresztą tego poranka nie miał zbytnio apetytu na „roślinność”. Zacisnął pięści, oparł się o blat. Zrobiło mu się niedobrze. Powstrzymał odruch wymiotny uwalniając żółtą flegmę do stojącego obok wiadra.

– To nie potrwa długo… – powiedział.

– Szukałem Ciebie całe życie. Zabierz mnie w końcu… – wyrzucił w powietrze.


[1] Central European Soviet Army

[2] United Corporations Forces

[3] Urządzenie wielofunkcyjne służące do komunikacji oraz zawierające pakiet oprogramowania multimedialnego.